2 sty 2015

Rozdział I

 4 miesiące temu
 -Nazywam się Ell. Urodziłam się w Washingtonie, w wieku 11 lat przeprowadziłam się tu, do Fallen Creek. Interesuję się tańcem, modą, poznawaniem nowych ludzi, zajęć. Około dwa lata temu byłam bardzo bojaźliwa i zamknięta w sobie, jak, uhh –zawahała się –nastolatka smutna na pokaz, mimo, że tak nie było. Jednak dzięki moim przyjaciołom, Veronice, z którą niestety musiałam się rozstać i Cassie, siedzącą obok mnie, zaczęłam od nowa. Jasno postawiłam sobie cel. Będę wierzyć w siebie i w to, że nigdy nie będzie tak źle by nie mogło być jeszcze gorzej. Wystarczy, że się postaram by było w porządku.
Ell usiadła, oddając tym głos swojej najlepszej przyjaciółce.
-Więc jestem Cassie. –zamachnęła kręconymi, kasztanowymi włosami. –Mieszkam tu w zasadzie od urodzenia. Interesuję się głównie modą. Lubię być w centrum uwagi. Jestem po podstawowym kursie makijażu i wiążę sobie z tym przyszłość. –zaprzestała cisza jakby był to koniec wypowiedzi siedemnastolatki. –A! Niech żaden chłopak się nie wysila zakochując się we mnie. Jestem zajęta. Za to Ell przydałby się ktoś starający się o jej względy.
Dziewczyna o jasnobrązowych włosach uśmiechnęła się.

   Miesiąc później
-Przykro mi to mówić, droga Cassie, ale z panną Ell Anceloud nie było zbyt dobrze. Zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach trzy dni temu. Pamiętasz, prawda?
Dziewczyna skinęła głową.
-Dziś rano znaleźliśmy jej ciało….A raczej to co z niego pozostało. Ktoś ją udusił, a następnie wrzucił jej ciało do rzeki nie wiedząc, że jest jeszcze żywa.. Można uznać, że się utopiła. To było przyczyną śmierci.
-Kto to zrobił? –zapytała Cassie, której łzy spływały już po policzkach niczym wosk ze świeczki.
-Tego nie wiemy, prowadzimy dochodzenie. Aczkolwiek nie jesteś członkiem rodziny, nie będziemy mogli udzielać ci żadnych więcej informacji.

   Teraz
Dziewczyna o kasztanowych włosach ubrała czarny płaszcz i oznajmiła rodzicom, iż idzie powiedzieć Ell ‘Wesołych Świąt’, wyczekiwanych z resztą przez wszystkie dzieci i wielu nastolatków. Ci jednak wiedzieli, że śmierć przyjaciółki jest dla niej trudna, nie mieli nic przeciwko by chodziła na cmentarz.
  Więc Cassie otwierając drzwi i delikatnie podnosząc wzrok ujrzała swojego chłopaka z którym jest bardzo zżyta, Philipa.
-Idę porozmawiać z Ell. –powiedziała stanowczo.
-Iść z tobą? –zapytał z głosem pełnym współczucia. – Mimo, że nie znałem jej zbyt dobrze, wiem, iż była wspaniałą osobą. Ty przyjaźnisz się tylko z takimi ludźmi.
-Wolę być tam sama. –ominęła go nie patrząc mu prosto w twarz, po czym zbiegła z kilku schodków łączących ganek i ziemię. Po kilku krótkich chwilach doszła na cmentarz. Położenie grobu przyjaciółki znała na pamięć i trafiłaby tam nawet z zamkniętymi oczami.
Wysunęła rękę z pod kurtki po czym ściągnąwszy białą, miękką rękawiczkę odgarnęła śnieg ze zdjęcia wyłupanego w kamiennym nagrobku. Ell była tam taka uśmiechnięta, wiatr rozwiewał jej jasnobrązowe długie włosy, a jej niebieskoszare oczy błyszczały szczęściem. Cassie uklękła na zimnym, białym puszku.
-Ludzie mówią do grobów tylko w starych filmach. Śmiałyśmy się z tego, pamiętasz? A teraz to właśnie ja z tobą rozmawiam. Właściwie to prowadzę monolog, ty mi nie odpowiadasz. –zaśmiała się. –Przepraszam, nie powinnam teraz żartować. Przecież to nie ja leżę tak sama……wiesz o czym mówię.
Nagle Ell niezauważalnie stanęła za zmarzniętymi plecami przyjaciółki. Ale Cassie nie mogła jej zobaczyć. Pomimo gwałtownego odwrotu głowy, dziewczyna nie widziała nic poza śniegiem i obnażonymi, oszronionymi drzewami.
-To będą pierwsze święta bez ciebie od dobrych kilku lat. Zawsze wszystko było w porządku. Przychodziłaś do mnie, a ja do ciebie. Rzucałyśmy się śnieżkami. Lepiłyśmy bałwany, a później robiłyśmy sobie z nimi zdjęcia. Zmieniłaś moje życie. Nabrało dzięki tobie kolorów. Najpierw bardzo uosobiony ocean, król wszystkich wód zabrał mi Veronikę, a teraz jakiś psychopata odebrał jeszcze ciebie. Dlaczego policja nie chce mi nic powiedzieć? –z oczu siedemnastolatki wypłynęły obfite, przejrzyste łzy, przez które jej twarz ochładzała się dwa razy szybciej. –Kochałam cię jak siostrę. Wszystko było dobrze! A teraz tak po prostu cię nie ma. Nie wierzę, że ty…-nie potrafiła tego wykrztusić. –odeszłaś, że jesteś martwa i, że już cię nie zobaczę. Nie pożegnałyśmy się.
Wiatr zaczął kołysać samotnymi, cienkimi gałązkami drzew uderzając jedna o drugą. Wielkie, grube konary również latały odganiając dziesiątki czarnych kruków. Śnieg padał z nieba przypominając mąkę, której gęstego sypania nie dało się opanować. Siedemnastolatka z przerażeniem w oczach nie dawała rady dojrzeć niczego z odległości większej niż dwa metry.
-Przepraszam Ell, muszę iść. Coś tu jest nie tak! –ocierając łzy podniosła się używając ręki za podpórkę. Szybkim krokiem zaczęła biec w stronę głównej bramy cmentarza.
-Szybciej! –powtarzała sobie szeptem.
Ale bramy kompletnie nie mogła znaleźć. Kiedy śnieg przestał prószyć Cassie była w kompletnie innym miejscu. Nie było tam niczego znajomego. Tylko jeden osierocony, wysoki znak ze strzałkami wskazującymi Fast Bridge Road i Aldo-Trad Road.
-Pomiędzy Fast Bridge i Old Cmentary Street jest tylko jeden most i kilka kilometrów szosą, co oznacza moją jedyną szansę na wydostanie się stąd. –oznajmiła sama sobie po czym ruszyła w drogę.
   Podążając za wskazówkami znaku dobiegła do drewnianego mostu. Wchodząc na niego wpadła na jakieś chłopaka. Jasne blond włosy i czarna kurtka wydawały jej się dziwnie znajome. Jakby widziała je już nie jednokrotnie. Nie było konieczności unoszenia wzroku. Cassie miała pewność w stosunku do tożsamości dobrze zbudowanego chłopaka.
-Philip. Prosiłam cię o coś. –oznajmiła głośno oddychając po przebytej dawce strachu.
Wysoki blondyn się uśmiechnął.
-Fast Bridge Road jest sześć kilometrów oddalona od Old Cmentary Street. Co ty tutaj robisz? –zapytał zachowując pewność siebie.
Dziewczyna stała cicho patrząc na chłopaka tajemniczym spojrzeniem. Jakby wypytywała go o miliony militarnych rzeczy poprzez wzrok. Przez kilka przypominających bardzo długie sekundy panowała cisza.
-Wiesz dlaczego ten most nazywany jest ‘szybkim mostem’? –zmienił temat.
-Nie. –stwierdziła stanowczo bez głębokich przemyśleń.
-W latach czterdziestych odbywały się tutaj wyścigi samochodowe. Most zawsze służył jako start albo meta. To tutaj legendarny kierowca, Martin Bificei wygrał i został mistrzem świata.
-Interesujące. –oparła się o dębową barierkę mostu. –Z czym mam to wiązać? 
-Z niczym. Zostawiłem samochód kawałek dalej, chodź przejedziemy się gdzieś. –położył rękę na dolną część jej pleców i delikatnie popchnął jakby chciał poprowadzić ją do pojazdu. 
Auto stało po drugiej stronie mostu, razem ruszyli dość szybkim krokiem w jego stronę. Philip otworzył drzwi pilotem z odległości kilku metrów, a Cassie podeszła trochę szybciej i wsiadła na przednie miejsce przeznaczone dla pasażera, gwałtownym ruchem zarzucając czarną torbę na kolana. Dziewczyna wyciągnąwszy z niej puder pasujący kolorem do jej jasnej cery i niewielkie, prostokątne lusterko w turkusowej ramie przypudrowała miejsca pod oczami by uniknąć widocznych worów. 
-Jesteś głodna czy chcesz się ogrzać przy kawie? -zapytał Philip wkładając kluczyki do stacyjki i tym samym uruchomiając samochód. 
-Wolę wypić kawę. -odrzekła. 
-Pasuję ci kawiarnia na Loud District?
-Nigdy tam nie byłam, ale podobno jest najlepsza w mieście. -powiedziała Cassie -Jedziemy tam. -dodała zwracając głowę w stronę chłopaka jednocześnie się uśmiechając. 
Przejechanie trasy zajęło im zaledwie kilkanaście minut. Podczas jazdy nie rozmawiali za wiele, jako, że brązowooka nie rozpoczynała żadnych rozmów. Jedyne co robiła to odpowiadała na pytania pustymi słowami Tak albo Nie. 

___________________________________

Podoba wam się pierwszy rozdział?
Kolejny spróbuję dodać niebawem. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz